Copyright by Mazovian Wildlife 2021

Open your mind and travel further

Kiedy wchodzę do wody jest jeszcze ciemno. Taki początek pewnie już nikogo nie dziwi :) Kalendarz waha się gdzieś jeszcze pomiędzy marcem i kwietniem. To czas, kiedy samotniki powracają w swoje terytoria, w niedostępne, bagienne leśne ostępy.
Jest zimno. Miejscami, w świetle czołówki połyskują kryształki lodu ścięte przymrozkiem. W powietrzu panuje bezruch. Wokół głucha cisza, z odległych wiosek nie dociera nawet szczekanie psów. Raz po raz, nieśmiało, jeszcze w ciemnościach, z rzadkiego podszytu docierają metaliczne trele rudzików. Tutaj, to one jako pierwsze oznajmiają nadejście świtu. Potem dołączą kosy, śpiewaki, strzyżyki. Śpiew ich wszystkich zleje się w jeden głośny gwar. Bagienny las zatętni życiem.
Muszę się spieszyć. Samotniki też przylatują bardzo wcześnie. Kiedy nad bagnem rozlegnie się głośne „piiit-pit-pit-pit”, którym pierwszy z pary ptaków oznajmi swoje lądowanie na pływającej kłodzie, niebo po wschodniej stronie będzie ledwie granatowe. Swoją drogą, mimo, że obserwuję je już od lat, każdy taki ich przylot wprawia mnie w zdumienie… Jak można lecieć przez gęsty las w półmroku, z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę i się nie rozbić?
Na miejsce docieram jak zwykle – obładowany i lekko ubrany. Czapkę mam nasuniętą ledwie na czubek głowy, pomimo tego i tak zawsze zgrzeję się przez drogę. Chwila na ochłonięcie. Teraz czas na montaż wszystkiego, co przyniosłem, na pływającej tratwie. Jeszcze dwie warstwy ubrań i na koniec ciasny neopren. Teraz już ledwie się poruszam, zostało jeszcze wgramolić się do tratwy, ostrożnie, bo inaczej cały sprzęt wyląduje w wodzie. Zamaskować się od środka, na ile to możliwe - umościć się w mulistym dnie. Przez pierwsze pół godziny jest mi jeszcze dość ciepło, później zaczyna robić się nieprzyjemnie, wraz z upływem czasu jest tylko gorzej.
Kiedy aktorzy pojawiają się na scenie, całą swoją uwagę skupiam na nich, próbuję nadążyć za toczącą się akcją. Wtedy nie myślę o zimnie. Jednak kiedy miną już dwie, trzy godziny i słońce powędruje wysoko, muszę pomyśleć o wyjściu. Zawsze korzystam wtedy z chwili nieobecności ptaków w pobliżu. Z wyjściem jednak bywa problem. Sztywne z zimna ciało nie do końca chce wykonywać moje polecenia. Niekiedy muszę dać mu chwilę, rozciągnąć, rozruszać. Proste czynności urastają do rangi wyczynu. To balansowanie na granicy swoich możliwości.
Kiedy jednak zanurzony w wodzie mogę rejestrować sceny z życia moich bohaterów, ładunek emocji jest ogromny. Napawa chęcią, by kolejny raz przesunąć swoją granicę znów o kilka milimetrów…
rw

Sam na sam z samotnikiem

15 kwietnia 2021